Dwoje ludzi. Jeden motocykl. Wielka przygoda
27 listopada 2010 | autor: Warszawa Wesoła | kategoria: Gość portalu | komentarzy: 2.

Tekst: Wojtek Męczyński
Zdjęcia: Joanna Kędzia i Wojtek Męczyński
W końcu ruszyłem. Jest sobota 19 września tuż przed 14. Rozpoczynam samotną, mam nadzieję spokojną podróż przez całą Europę, by zgodnie z planem po tygodniu dotrzeć do hiszpańskiej Malagi, gdzie wyląduje samolot z moją kochaną żoną na pokładzie. Stamtąd już razem udamy się w motocyklowy objazd po Maroku.
Planowanie tego wyjazdu rozpoczęliśmy mniej więcej rok wcześniej. Aśka chciała pojechać do Maroka już od dawna, zawsze jednak udawało nam się znaleźć powód, by na kolejne wakacje jechać gdzie indziej. W zeszłym roku nie wyszedł nam wyjazd do Azji i już właściwie prawie pakowaliśmy motocykl, by wyruszyć do północnej Afryki, kiedy stwierdziliśmy, że przejazd w listopadzie na kołach przez całą Europę to nie jest coś o czym marzymy. Podjęliśmy jednak decyzję, że wyprawa do Maroka odbędzie się wczesną jesienią 2010.
Przymusowy postój
Pierwszy etap podróży wcale nie jest samotny. Kilka dni przed wyjazdem Marcin deklaruje, że odprowadzi mnie na swoim BMW do Wrocławia. Bardzo mi miło z tego powodu. Samotnym nawijaniem kilometrów jeszcze się zdążę nacieszyć. Spokój podróży kończy się dosyć szybko, bo po przejechaniu 330 km, na skrzyżowaniu w stolicy Dolnego Śląska, moja Aprilia Caponord ETV 1000 mimo poważnych inwestycji poczynionych przed wyjazdem w jej techniczne odmłodzenie, gaśnie i nie chce odpalić. Ze stoickim spokojem szukamy pomocy, znajdujemy miły hotel i idziemy piechotą cieszyć się piwem na wrocławskim rynku. Następnego dnia Marcin wraca do Warszawy, ja znajduję ratunek w świetnym warsztacie Bikers Place, ale mój pobyt we Wrocławiu przedłuża się z powodu czasu oczekiwania na regulator napięcia, który jedzie do mnie pociągiem z … Warszawy.
Wrocław zamiast w niedzielę opuszczam we wtorek i gnam przez Europę na złamanie karku, zatrzymując się po drodze w Strasburgu, Narbonne (Langwedocja) i Vilafranca del Pendes (Katalonia). Na południe Hiszpanii docieram na czas, odbieram Aśkę z lotniska i 26 września docieramy promem do Ceuty – jednej z dwóch hiszpańskich enklaw w północnej Afryce. 3500 km za nami.
Bienvenue au Maroc!
Po kilku minutach od zejścia z promu docieramy do obrzeży Ceuty i drogowego przejścia granicznego z Marokiem. Do całej operacji jesteśmy dobrze przygotowani. Dokumenty celne motocykla wypełniliśmy na stronie marokańskiego ministerstwa spraw wewnętrznych jeszcze w Polsce. Aśka mówi po francusku, ja po angielsku. Wspólnie wypełniamy białe kartoniki – po jednym na osobę i tak wyposażeni udajemy się z wizytą do kilku okienek,w których kolejni urzędnicy oglądają, stemplują, opisują i sprawdzają nasze paszporty. Mimo ostrzeżeń o możliwych trudnościach ze strony celników czy samozwańczych kolejkowych pomocników, o których czytaliśmy w przewodnikach dla globtroterów, granicę pokonujemy w kwadrans.
Tuż po minięciu ostatniego celnika, zatrzymujemy motocykl przy dużym rondzie, wokół którego parkują dalekobieżne taksówki, i robimy sobie pierwsze zdjęcia w Afryce. Spotykamy też sympatyczną polską parę, która z plecakami podróżowała po Maroku przez miesiąc i właśnie wraca do Europy. My dzielimy się z nimi informacjami na temat promów odpływających z Ceuty, a oni dają nam kilkadziesiąt dirhamów, których i tak nie wolno im wywieźć. Wskakujemy na motocykl i ruszamy w kierunku pierwszego miasta w Afryce, w którym spędzimy noc. Do Tangeru docieramy równiutką i pustą autostradą. Informacje o częstych kontrolach radarowych w Maroku, jakie do nas docierały wcześniej, potwierdzają się. Motocyklowe patrole, uzbrojone w nowoczesne laserowe mierniki prędkości, spotykamy co 30-40 km.
Po dojeździe do miasta szybko znajdujemy tani hotelik, tuż obok głównej nadmorskiej promenady. Nasze lokum jest mocno „klimatyczne”, ale szczęśliwie jest tanie i ma własny garaż.
Po szybkim prysznicu wychodzimy na spacer. Snujemy się dobrych kilka godzin po wąskich uliczkach tangerskiej medyny, gdzie pijemy pierwszą pyszną miętową herbatę podawaną w malutkich złoconych szklaneczkach. W kafejce czytamy przewodnik i oddajemy się naszej ulubionej rozrywce – obserwacji życia ulicy. Wieczorem odwiedzamy jeszcze plac, na którym nakręcono kilka świetnych scen z udziałem Matta Damona do filmu o przygodach Jasona Bourne’a i idziemy spać.
Warsztat poszukiwany
Ranek spędzamy na poszukiwaniu warsztatu wulkanizacyjnego, który podjąłby się wymiany opon w motocyklu na terenowe. Gumy oczywiście przywiozłem z Polski, bo tutaj raczej trudno byłoby je dostać. Maroko jest krajem pełnym jednośladów, ale tych najmniejszych rozmiarów. Królują tu nieduże jednocylindrowe motorowery. Od tych znanych z Polski różnią je dwie ważne rzeczy. Tutejsze wyposażone są w pedały oraz, co ważniejsze, są ciche, nawet bardzo ciche.
Po kilkudziesięciu minutach jeżdżenia po mieście, rozmów z kierowcami, przeprowadzeniu wywiadu z policjantem kierującym ruchem na jednym ze skrzyżowań, docieramy do eleganckiego warsztatu Michelin tylko po to, by dowiedzieć się, że najbliższy profesjonalny zakład mogący nam pomóc znajduje się w Casablance. To 250 km od Tangeru. Dostajemy wizytówkę z adresem. Wbijamy dane w GPS i ruszamy przed siebie.
Po około 3 godzinach docieramy na miejsce. Warsztat robi wrażenie. Jest duży, odpowiednio wyposażony. Ledwo do niego wjeżdżamy, mechanicy już biorą się za zdejmowanie kół w Aprilii. Nikt im jeszcze nic nie powiedział, o nic nie poprosił, a oni zabrali się do pracy. Lepiej trafić nie mogliśmy. Od Francuzów zarządzających tym miejscem dowiadujemy się, że są jedynym importerem produktów spod znaku bibenduma w Maroku i najnowocześniejszym warsztatem oponiarskim w kraju. Wymiana jest szybka, sprawna i, ku memu zaskoczeniu, bardzo tania. Dajemy mechanikom dobry napiwek, pakujemy graty na naszą niebieską strzałę i jedziemy dalej.
Portugalskie pozostałości
Wieczorem po pokonaniu 450 km i zgodnie z wcześniejszym planem docieramy do miejscowości El Jadida. Robi się ciemno, niczego już dzisiaj nie zwiedzimy. Meldujemy się w najlepszym hotelu w mieście, którym tutaj jest znany dobrze Polakom Ibis.
Motocykl parkujemy tuż przed hotelem, pod chmurką, prawie na ulicy. Nie boimy się o jego bezpieczeństwo – przez całą noc będzie go pilnował guardian – przedstawiciel ciekawego i pożytecznego zawodu. W większych miastach Maroka można ich spotkać wszędzie tam, gdzie trudno znaleźć miejsce do parkowania. To tacy parkingowi – ochroniarze. Panowie ci, ubrani zwykle w odblaskową kamizelkę, wskazują wolne miejsce przy krawężniku i autentycznie pilnują pozostawionych przez kierowców pojazdów. Opłatę za ich usługi wnosi się, odjeżdżając z zajętego miejsca. Co łaska. Ich praca nie jest regulowana przez żaden urząd czy właścicieli dróg. Wszyscy ich jednak szanują i płacą za ich pracę. W ciągu tej podróży jeszcze wielokrotnie będziemy korzystać z ich pomocy i zawsze będziemy z niej zadowoleni.
El Jadida nie powala urodą. Położona jest jednak nad bardzo czystą i szeroką piaszczystą atlantycką plażą, na której o każdej porze dnia i wieczora rozgrywanych jest równolegle po kilka meczy piłki nożnej. Stare miasto, zbudowane przez Portugalczyków w XVI wieku, jest niewielkie, otoczone murami wychodzącymi bezpośrednio na morze. Obronne bastiony wraz z umieszczonymi na nich armatami robią niezłe wrażenie, a część budynków na szerokich ulicach wygląda jakby była przeniesiona z południa Europy. Tym, którzy tu trafią, zdecydowanie polecamy zajrzenie do podziemnej cysterny. W tym wielkim pomieszczeniu, w kamiennej posadzce zalanej wodą odbija się sklepienie podtrzymywane przez dziesiątki kolumn, a światło wpadające do wnętrza przez duży otwór w suficie tworzy smugi, elegancko dopełniając ten pocztówkowy obrazek. Na zwiedzania miasta zdecydowanie starczy kilka godzin. Głodnym polecamy odwiedzenie jednej z portowych jadłodajni, gdzie bezpośrednio nad węglem drzewnym, w kłębach gryzącego, białego dymu rodziny rybaków przygotowują pyszne sardynki. Podają je z lokalnym płaskim chlebem, oliwkami i sałatką z pomidorów. Pycha. Mimo tego, że po powrocie do hotelu musieliśmy prać wszystkie ciuchy, uwielbiamy takie miejsca.
Port, biała medyna i wino
Po dwóch nocach spędzonych w Ibisie wybieramy się do kolejnego miejsca na wybrzeżu – Essaouiry. Mimo, że miasta dzieli jedynie 258 km, podróż zajmuje nam więcej czasu, niż planowaliśmy. Gubimy drogę, bo mapy w naszej nawigacji okazują się dalekie od idealnych, i cześć trasy jedziemy w niedużym tempie po wąziutkiej drodze przez okolicę, w której oprócz kilku rolników i ich owiec mieszka już chyba jedynie muzułmański diabeł.
Do Essauiry docieramy wczesnym popołudniem. Szybkie, zakończone sukcesem poszukiwanie hotelu z widokiem na ocean i już jesteśmy na bardzo szerokiej plaży, która wiedzie do portu i starej części miasta. Wieje tu dosyć mocno. Kilku kite-surferów szaleje na falach, a my w knajpie na plaży gasimy pragnienie chłodnym piwem. Alkohol dostępny jest tu jedynie w hotelach i to nie we wszystkich. Sprawdzamy jeszcze kartę dań i decydujemy, że wrócimy tu na kolacje z winem.
Piasek miło chrzęści pod stopami, a my coraz bardziej zbliżamy się do dużego portu. Ilość niebieskich, niedużych łodzi, jak i większych kutrów, które codziennie udają się stąd na połów, jest powalająca. Nie do końca wiemy dlaczego, ale architektura tego miejsca jednoznacznie kojarzy się nam obojgu z Torre de Belem w Lisbonie. W drodze z portu do wnętrza medyny trafiamy do zagłębia knajp rybnych pod gołym niebem. Jest tu drożej niż w El Jadida, ale wybór za to dużo większy. Decydujemy się na krewetki królewskie, doradę i sardynki. 5 minut po zdjęciu świeżych owoców morza z wielkiego straganu, grillowane przysmaki lądują na naszych talerzach. Nie muszę pisać, że wyszliśmy stamtąd baardzo zadowoleni.
Białe ściany budynków starego miasta robią wrażenie – to pierwsze w 100% ładne miasto Maroka, jakie odwiedzamy. Na ulicach ścisk i ruch. Tłum sunący w obie strony to mieszanka turystów, przede wszystkim z Francji i Hiszpanii, i mieszkańców miasta załatwiających swoje sprawy. By uciec od hałasu, wystarczy zejść z ulicy w bok i na małym placyku przy niedużym stoliku oddać się największej przyjemności Marokańczyków – długiemu i niespiesznemu piciu herbaty z miętą.
Mimo, że nasze brzuchy trawią jeszcze zjedzone niedawno morskie stwory, wracając do hotelu wchodzimy do znalezionej wcześniej restauracji na plaży i jemy lekką kolację, degustując przy tej okazji świetnej jakości marokańskie wina. Muzułmański kraj, a robią świetne trunki. Tego nam było trzeba.
Czerwone miasto, baranie głowy, chaos i święty spokój
Przed nami krótki, 190-kilometrowy odcinek jazdy. Opuszczamy wybrzeże atlantyckie, kierujemy się na wschód do chyba najsłynniejszego marokańskiego miasta – Marrakeszu. Asfalt znowu świetnej jakości, ruch większy niż na wcześniejszych odcinkach, wszystko jednak w normie. Wszelkie europejskie standardy zostają przekroczone dopiero po wjeździe na opłotki metropolii. Samochody, skutery, wozy ciągnięte przez osły i piesi poruszają się jak wolne elektrony. Sygnalizacja świetlna, mimo tego, że ustawiona na prawie każdym skrzyżowaniu, na nikim nie robi wrażenia. Piesi wchodzą na jezdnię na czerwonym świetle, kierowcy omijają ich ze zręcznością małp na grubość lakieru. Ciśnienie skacze mi znacznie. Aśka z tylnej kanapy co chwila krzyczy w interkom „uważaj”, „z prawej” „hamuj”. Skupiam się na jeździe, wykorzystując moc naszego silnika i uciekając ze stad otaczających nas z każdej strony pojazdów. Walka w ponad 30-stopniowym upale trwa kilkadziesiąt minut. Na główny plac Jemaa el Fna wjeżdżamy z fasonem, mimo, że nawigacja kilkakrotnie wpuszcza nas w maliny, nakazując jazdę pod prąd jednokierunkowymi ulicami.
Parkujemy motor przy poczcie głównej i drepczemy do Cafe de France, gdzie jesteśmy umówieni z Nadią – menedżerką zarezerwowanego jeszcze w Polsce hotelu, w którym mamy spędzić 3 kolejne noce. Trochę dziwimy się gdy do naszego stolika podchodzi nie kobieta, a bezzębny starszy mężczyzna, nie mówiący ani słowa po francusku czy angielsku, powtarzający jak mantrę 3 słowa – Dar El Quadi. To nazwa naszego hotelu. Po konsultacjach z innymi gośćmi kawiarni, którzy mówią po arabsku i angielsku, udaje się nam ustalić, że nagabujący nas Arab to przewodnik przysłany przez Nadię. Do hotelu docieramy prowadzeni ciasnymi uliczkami medyny, ocierając się o wystawione wszędzie do sprzedaży towary, unikając rozjechania przez setki skuterów jeżdżących tam, gdzie ja nie odważyłbym się wjechać rowerem. Potem okaże się, że tymi samymi uliczkami będę jechał sam, naszym wielkim, objuczonym kuframi motocyklem w drodze na strzeżony parking. To jednak temat na osobną opowieść, więc go przemilczę.
Nasze lokum całkowicie wynagradza traumę, jaką przeżyliśmy, by tu dotrzeć. Hotel położony jest przy jednym z zaułków starego miasta. To tradycyjne marokańskie domostwo – riad – zamienione na oazę spokoju w otaczającym go oceanie chaosu, jakim dla Europejczyka jest życie marrakeskiej medyny. Hotel ma tylko 5 pokoi, piękny wewnętrzny dziedziniec i taras na dachu. Codziennie na śniadanie dostajemy świeży sok z pomarańczy, lekką kawę z mlekiem i pyszne lokalne naleśniki z miodem. Żadnej jajecznicy czy tłustych kiełbasek. Jest świetnie.
W Marrakeszu spędzamy 3 dni i zwiedzamy prawie wszystko, na czym nam zależało. Muzeum miejskie, szkołę koraniczną Ben Youssef, pałac El-Badi, grobowce Saadytów, żydowską dzielnicę mellah oraz niesamowite ogrody Majorelle położone w nowym mieście.
To, na czym się tutaj mocno skupiamy, to jedzenie. Jeść kochamy, uwielbiamy gotować i w czasie każdej podróży szukamy kulinarnych inspiracji. Już pierwszego dnia trafiamy do knajpy w dawnym pałacu, w której wcinamy zjawiskowy kuskus 7 warzyw i jagnięcy tagine ze śliwkami. To właśnie te dwa dania będziemy kilka tygodni później kopiować w domu, zapraszając naszych przyjaciół na pokaz zdjęć z wyprawy.
Przeżyciem kulinarnym najwyższej próby jest wieczorna wizyta na ogromnym placu Jemaa El-Fna. To epicentrum Marrakeszu pełne jest życia przez cały dzień. Mnóstwo tu zaklinaczy węży, treserów małp, opowiadaczy historii, znachorów i sprzedawców używanych… sztucznych szczęk. Pełny blask i klimat tego miejsca ujawnia się jednak dopiero po zachodzie słońca. To właśnie wtedy pojawia się na nim kilkadziesiąt przenośnych barów i garkuchni, w których pełno lokalnych przysmaków. Turyści przy stołach są większością tylko tam, gdzie serwowane jest wiele potraw do wyboru. My kierujemy się do straganów specjalizujących się w pojedynczych daniach. Najpierw jemy harirę – ostrą zupę z ciecierzycy, pomidorów, makaronu i soczewicy. Zgodnie z lokalnym zwyczajem zupę zagryzamy słodkimi daktylami. Potem przypuszczamy atak na ślimaki w sosie własnym. Mocny, męski można powiedzieć smak, zero subtelności. Potem przychodzi czas na gwóźdź programu – baranie głowy. Całe łby gotowane są w wielkich garach z dodatkiem przypraw i marynowanych cytryn. Potem kucharze pytają gości o ich preferencje i podają ulubione kawałki z cytrynowym sosem i pajdą okrągłego chleba. My bierzemy talerz mix – trochę mięsa z policzków, trochę ozora, wszystko elegancko posiekane. Nie boję się powiedzieć, że to był jeden z lepszych posiłków mojego życia! Ucztę kończymy przy stoisku ze świetnymi baranimi kiełbaskami podawanymi z zimną pomidorową salsą. Życie jest piękne.
Tym, którzy trafią do Marrakeszu po dłuższym pobycie w innych regionach Maroka i zatęsknią za europejskimi luksusami, polecamy dwie świetne restauracje – Grand Cafe de la Poste na Place du 16 Novembre, gdzie można wcinać francuskie przysmaki we wnętrzu, którego nie powstydziłyby się najlepsze paryskie bistra, i Cafe Arabe przy Rue de Mouassine 184, gdzie na tarasie można wypić świetnego drinka czy marokańskie wino, słuchając muezina wzywającego wiernych na modlitwę do pobliskiego meczetu. Zapewniam, że wielu takich miejsc nie znajdziecie.
Siedząc któregoś dnia w kafejce, kontemplowaliśmy czerwony kolor ścian domów medyny, gdy uzmysłowiliśmy sobie ogromną różnicę pomiędzy Marokiem a innym muzułmańskim turystycznym hegemonem, jakim jest Egipt. Tutaj prawie nikt nie zaczepiał nas nachalnie na ulicy, próbując namówić do kupienia kolejnej pary bamboszy, dywanu czy fajki wodnej. Po drugie, na ulicach widać równą ilość kobiet i mężczyzn. Dziewczyny są kelnerkami, pracują w bankach i sklepach, jedne ubierają się w tradycyjne stroje, zasłaniają włosy, inne wyglądają tak jakby właśnie szły na dyskotekę – błyszczące bluzki, krótkie spódnice, makijaż. Pełna swoboda. Nigdzie nie widać policji obyczajowej czy zakazów narzucanych przez islamistów, jakie znamy z innych krajów arabskich. To miła odmiana.
Górska premia
Opuszczamy Marrakesz i jedziemy jeszcze dalej na wschód. Celem tego etapu podróży jest obszar Maroka, który krajobrazowo i klimatycznie zbliżony jest do tego, czego można doświadczyć na Saharze. Pokonanie około 540 km do Merzougi zajmie nam 2 dni. Najpierw musimy zdobyć pierwszą górską premię i pokonać przełęcz w Atlasie Wysokim na wysokości 2260 m n.p.m.
Droga jest piękna, świetny asfalt, murki chroniące przed spadnięciem w przepaść, więc Aśka jest zrelaksowana, winkiel za winklem. Do pełni szczęścia brakuje niestety mniej obładowanego motocykla. Z powodu obciążenia przy mocniejszym składaniu się w zakrętach szorujemy centralną stopką o drogę. Nie mogę cieszyć się jazdą tak, jak bym chciał, muszę jechać wolniej, żeby nie zaliczyć wywrotki.
Na przełęczy Tizin Tichka spotykamy pierwszych motocyklistów od wjechania do Maroka. Chłopaki jadą na dwóch Harleyach. Jeden z nich to Kanadyjczyk mieszkający w Holandii, a drugi – Belg mieszkający w Nigerii. Ciekawe typy.
Zjeżdżamy w dolinę. Góry zakrywają chmury, z których przez kilkanaście minut pada pierwszy „marokański” deszcz. Jedziemy w dół z duszą na ramieniu. Na zakrętach pojawia się raz na jakiś czas piach i błoto. Dwa razy uślizguje się tylne koło. Do wioski Ait Benhaddou zbudowanej w całości z mieszanki gliny i ciętej słomy docieramy jednak w jednym kawałku. Widok rewelacyjny. Strome uliczki, wąskie przejścia, warowne mury obronne i wieże. Wszystko czerwone, wszystko z gliny i wszystko na tle pięknych gór. Najfajniejsze jest to, że wieś nie jest skansenem. Wciąż mieszkają tu ludzie – przyjaźnie nastawieni do turystów Berberowie.
Wydmy, piach i wywrotka
Kolejnego dnia po noclegu w XVIII-wiecznej fortecy z gliny, odbudowanej przez hiszpańskiego przedsiębiorcę, zjeżdżamy z wyznaczonej trasy, by odwiedzić wąwóz Dades. Widoki gór we wszystkich kolorach brązów i czerwieni oraz bujnej zieleni gajów palmowych w dolinie są porywające. Dobrze, że mamy motocykl i nie musimy pokonywać tych odległości i wysokości na rowerach, jak dwóch śmiałków spotkanych po drodze. Zawał serca miałbym po godzinie takiego „treningu”.
Po powrocie na drogę krajową N9 mijamy miejscowe Hollywood, czyli miasto Quarzazate i po dwóch godzinach jazdy docieramy na skraj pustyni. Tu kończy się asfalt i około 10 km odcinek, jaki pozostał nam do hotelu, musimy przejechać po piachu, kamieniach i koleinach. Oceniam przez chwilę warunki i trochę wbrew rozsądkowi mówię sobie: damy radę. Aśka z tyłu, wszystkie bagaże na motocyklu, bez zmniejszania ciśnienia w oponach, jak uczą specjaliści, ruszamy w ślad za terenowym autem, jakie wyjechało nam na spotkanie. Pierwsza część odcinka jest po prostu nieprzyjemna. Motocykl trzęsie jak szalony, jedziemy po tzw. tarce, poprzecznych wgłębieniach w terenie. Miło nie jest, ale tor jazdy daje się kontrolować. Schody zaczynają się później. Podłoże robi się coraz luźniejsze. Raz udaje mi się wyjść z opresji, gwałtownie wyjeżdżając z piaskowej koleiny, kolejnym razem na zakręcie wjeżdżam w kupę piachu na zbyt małej prędkości, przednie koło traci przyczepność i zaliczamy wywrotkę. A do hotelu było już tak blisko. Generalnie nic się nie stało. Joanna odczuwa ból w prawej nodze, która w czasie upadku znalazła się między kufrem a motocyklem. Szczęśliwie to nic poważnego. Dojeżdżamy do hotelu i kolejne dwa dni spędzamy w miejscu jak z bajki. Pomarańczowe wydmy praktycznie wsypują się do naszego pokoju przez okno. Plan dnia obejmuje oglądanie wschodu słońca, picie zimnego piwa kupionego dzięki uprzejmości obsługi hotelowej w nielegalnym sklepie we wsi obok, czytanie książek i pławienie się w basenie. O takich luksusach na pustyni nie marzyliśmy.
Gradobicie w Atlasie
Opuszczamy przedsionek Sahary i ruszamy na północ. To początek końca podróży po Maroku. Jedziemy przez Atlas Średni. Za oknami naszego środka transportu przewijają się coraz wspanialsze widoki. Najładniejsza jest wielka kobaltowa chmura gdzieś w oddali, która wygląda niesamowicie tuż obok białych cumulusów i słońcem pokrytych zboczy. Niestety wjeżdżamy w strefę jej wpływów i przez 5 minut uprawiamy motocyklowy taniec na lodzie z elementami biczowania. Pada grad! Jezdnia robi się niesamowicie śliska, a kulki lodu, uderzając, w nas zadają sporo bólu. Mamy szczęście i po chwili zatrzymujemy się w przydrożnej knajpie, która z powodu tych anomalii staje się naszym schronieniem na kolejne dwie godziny.
Hotel Grand i namolni przewodnicy
Prawie 500 km odcinek do Fezu mieliśmy zamiar pokonać w dwóch etapach. Oglądając mapy dzień wcześniej, nie mogliśmy jednak wiedzieć, że okolica, w której planowaliśmy zatrzymać się na nocleg, będzie taka nieciekawa. Na stacji benzynowej podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej. Do czwartego pod względem wielkości miasta Maroka docieramy już po zmroku. W Ibisie, w którym mieliśmy nadzieję się zatrzymać, brak miejsc – w mieście odbywa się festiwal jazzowy. Koniec końców trafiamy do Hotelu Grand zlokalizowanego bliżej centrum. Jedynym plusem tego przybytku jest to, że nasza Aprilia mieszka razem z nami w podziemnym garażu, a okolica pełna jest restauracyjek. Nasz pokój jest jeszcze gorszy od tego, w którym przyszło nam spędzić pierwszą noc w Maroku. Z bidetu śmierdzi na potęgę i muszę wykonać specjalny korek z butelki po wodzie mineralnej, żeby przeżyć noc.
Rankiem kolejnego dnia zwiedzamy bardzo klimatyczną medynę Fezu. Medresa Abu Inana, której jesteśmy pierwszymi gośćmi tego dnia, jest pełna kotów, misternych zdobień i różnokolorowych witraży rzucających na ściany osobliwe odbicia. Po zjedzeniu śniadania w kawiarni z widokiem na słynną niebiesko-zieloną bramę Bab Bou Jeloud udajemy się na poszukiwania słynnych farbiarni skóry, które nieprzerwanie działają tu od setek lat. Pomimo tego, że przez pół drogi towarzyszy nam namolny pseudo przewodnik oferujący swoje usługi, twierdząc, że na pewno zgubimy się w zaułkach, udaje nam się dotrzeć na miejsce samodzielnie i obejrzeć to, co planowaliśmy.
Szwajcarski ser
Przed południem wracamy do hotelu, przebieramy się, pakujemy motocykl i ruszamy w góry Rif. Są dużo niższe niż Atlas i cieszą się troszkę złą sławą miejsca, gdzie turyści nie tylko są niemile widziani, ale czasem nawet porywani dla okupu. Niczego takiego nie zauważyliśmy. Zauważyliśmy i zapamiętaliśmy z drugiej strony na całe życie, że nie zawsze i wszędzie można wierzyć technice i zachodnim firmom produkującym oprogramowanie do gadżetów, które mają nam ułatwiać życie. Nasz GPS ustawiony jest na planowanie tras najszybszych. Tym razem mu sie nie udało. Zgodnie z zaleceniami urządzenia jedziemy drogą R 501 i dalej R 408 prowadzącej z Fezu do Ouazzane. Zapamiętajcie te dane i gdybyście trafili w te strony omijajcie ten odcinek szerokim łukiem. Droga, teoretycznie asfaltowa, była węższa niż stół w naszej jadalni i dziurawa bardziej niż szwajcarski ser, jaki czasem na tym stole ląduje. Nasze zaskoczenie i złość były tym większe, że był to pierwszy odcinek złego asfaltu, jaki napotkaliśmy w Maroku. To był koszmar trwający cztery godziny, w ciągu których udało się nam pokonać 50 kilometrów! Nagrodą było dotarcie do Chefchaouen. Tego dnia nawinęliśmy na koła w sumie jedynie 200 km.
Błękit i hasz, hasz
To miasto położone na zboczach wapiennych gór jest miejscem naszego ostatniego noclegu w Maroku. Pięknie tu. Niebiesko-białe domy w medynie wydają się nierzeczywiste. Na ulicach przyjaźni ludzie. Część z nich raz na jakiś czas szeptem mówi do mnie „hasz, hasz”. To sprzedawcy haszyszu, którego góry Rif są królestwem. Nie korzystamy z ich usług. To dosyć niebezpieczne, bo wielu z nich to konfidenci policji. Za to w pewnej restauracji, wieczorem jemy danie zwane pastilla. To kurczak w cieście, ze słodkimi dodatkami. Palce lizać. Trafia na listę naszych ulubionych marokańskich przysmaków.
Słońce, deszcz, zimno i radość
Jest nam tu dobrze i pewnie moglibyśmy zostać jeszcze jeden dzień. Na pewno byłoby warto. Mamy czas. Coś nas jednak już goni w kierunku Morza Śródziemnego i następnego dnia po przejechaniu 150 km jesteśmy z powrotem w hiszpańskiej Ceucie. Z granicy gnamy przez miasto na złamanie karku, by zdążyć na ostatni szybki prom do Europy. Do portu docieramy w ostatniej chwili i jeszcze tego samego dnia wynajmujemy apartament na słynnym Costa del Sol. W Hiszpanii spędzamy razem jeszcze 4 dni. Samolot Joanny został odwołany z powodu strajku francuskich kontrolerów lotu i musimy trochę przedłużyć pobyt. Pogoda nas nie rozpieszcza, czasem pada, czasem świeci słońce, ale jesteśmy zadowoleni, że do domu już tak niedaleko. Rozstajemy się w środę, by spotkać się znowu już w Warszawie w kolejny poniedziałek. Aśki samolot wylądował w stolicy zamiast w Krakowie i była jedyną osoba na pokładzie, która cieszyła się z tej zmiany. Ja miałem mniej powodów do zadowolenia, bo w drodze przez Hiszpanię, Francję i Niemcy towarzyszył mi deszcz i upiorne zimno. W końcu, 18 października, po 29 dniach, 3 godzinach i 49 minutach oraz przejechaniu prawie 10 000 km wróciłem z wyprawy dookoła Maroka. Czasem tyłek bolał niemiłosiernie, ale ta podróż była tego warta!









































































































































mysle Staszku, ze kazdy moze…., moze nie na takim poziomie ale jest to mozliwe. Znam takich ludzi, ktorzy przez caly rok odkladaja na ten “jedyny” wysniony wyjazd
Tylko pozazdroscic wrazen nie kazdego na to stac…..