Sukces pisany Wesołą – Ligia Krajewska
19 listopada 2010 | autor: Marcin Kluczek | kategoria: AktualnościWybory 2010 | komentarzy: brak.
Sukces pisany Wesołą – rozmowa z Ligią Krajewską, wiceprzewodniczącą Rady m. st. Warszawy, mieszkanką Wesołej. Rozmawia Marcin Kluczek.
Pani Ligio, skąd się wzięło Pani zaangażowanie w pracę na rzecz lokalnej społeczności? To kwestia domu, z jakiego Pani pochodzi, osobowości czy jeszcze czegoś innego?
Po trosze tak i tak. Na pewno wynika to z domu, ponieważ byłam wychowana w duchu pomagania słabszym. Pochodzę z Podlasia, gdzie mieszkałam do 16 roku życia. Tam, na Podlasiu, jest taka dobra tradycja – myślę, że wynikająca m.in. z historii, z bycia pod zaborem – że wszyscy byli nauczeni pomagać innym i dzielić się – wszystkim i z każdym. To właśnie na Podlasiu najdłużej funkcjonowała AK i tam najdłużej trwały walki. Podczas wojny i po niej moja rodzina, podobnie jak mnóstwo innych Polaków, przeżyła wiele trudnych chwil. Brat mamy zginął, był w AK. Potem moja mama, będąc ze mną w ciąży, była przesłuchiwana przez UB, nie obyło się bez bicia… Nocne rewizje w domu były standardem.
Rodzina nie miała obaw, gdy zaangażowała się Pani w Solidarność?
Nie… W okresie powojennym, gdy nikt nie wiedział, jak będzie, chyba cała rodzina była taka upolityczniona, co zapewne miało korzenie w starych tradycjach – jakiś nasz prapradziad był posłem na Sejm Wielki. Podejrzewam, że ta skłonność do polityki zawsze była w genach mojej rodziny, postawy, które ujawniały się we wszystkich późniejszych pokoleniach.
Czyli była Pani odważna. W tamtych latach nie każdy miał odwagę.
Byłam i jestem. Pamiętam, kiedy w roku 1980 powstała Solidarność, to od razu się do niej zapisałam, mimo, że wkrótce po tym miał się urodzić mój syn, 6 czerwca 1980 roku. Później, kiedy przyszedł stan wojenny, byłam w ciąży z córką. Pracowałam wtedy w Zespole Szkół Mechanicznych w Mińsku Mazowieckim, gdzie uczyłam psychologii pracy. Zaraz po tym, jak ogłoszono stan wojenny, zaczęłam nosić w klapie opornik, z czarną przepaską. Któregoś dnia przyjechałam do szkoły, był w niej komisarz. Podszedł do mnie i powiedział, żebym „to” zdjęła. Odmówiłam, na co stwierdził, że radzi mi to jednak zrobić, bo inaczej będzie problem, kiedy zabiorą mnie na przesłuchanie. Strasznie się przestraszyłam, że mogą mnie pobić, choć nie powiedział tego wprost, zasugerował tylko: – Przecież jest Pani w ciąży, niedługo chce Pani urodzić dziecko, a różnie może się zdarzyć. Wahałam się, ale koniec końców wróciłam do domu z opornikiem w klapie.
Jestem bardzo aktywna, wychodzę naprzeciw problemom. Gdy odeszłam ze szkoły, podjęłam pracę w poradni psychologicznej w Sulejówku. Myślę, że ten kierunek – pracę z dziećmi i młodzieżą – wybrałam podświadomie, bo miałam kontakt z żywym człowiekiem, z problemami, bo mogłam pomagać i realizować się. Życie polityczne było wówczas takie, jakie było – można było robić karierę w PZPR i wiele osób ją robiło, choć nie wszyscy z tej możliwości korzystali. Ja nie – to wynikało z mojego wychowania, nie mogłam, nie widziałam się w tym i dlatego poszłam w swoim kierunku. Opowiem panu pewną historię. Otóż jak pracowałam w poradni psychologiczno-pedagogicznej, to był 1987 czy 1985 rok, związki były jeszcze nielegalne, ale zaczęto reaktywować Związek Nauczycielstwa Polskiego. Pracowało nas wtedy w poradni 9 czy10 osób, szefem był pan Leszek Piotrowski, którego rodzina przed wojną sympatyzowała z PPS-em. Był człowiekiem partyjnym. Samotny, trochę zagubiony, ale taki prawdziwy, ideowy komunista. Był naprawdę dobrym człowiekiem. Został dyrektorem poradni, mimo że tak naprawdę nie znał się na tej pracy, ale za to dawał nam – młodemu wówczas zespołowi – bardzo dużo samodzielności. Rozumiał, że wykonujemy pracę, w której ważna jest tylko i wyłącznie pomoc dziecku, nie było w tym żadnej polityki. On natomiast zajmował się referatami i swoimi sprawami, i zawsze powtarzał, że nam ufa. Kiedy z awansu partyjnego odchodził z poradni na inspektora oświaty do Wesołej, powiedział: „Najlepiej byłoby, gdybyście wybrali na dyrektora kogoś ze swojego grona”. Ponieważ wcześniej przez dwa lata prowadziłam przedszkole w Miłośnie, cale towarzystwo, poza dwójką starszych pedagogów, którzy byli w PZPR, powiedziało: „Najlepiej byłoby, gdybyś to była ty. Znasz poradnię, masz taką energię itd.”. Pani inspektor Iwanicka zaprosiła mnie wówczas do siebie, do Sulejówka, gdzie robili przegląd ludzi do kadr zapasowych do PZPR.
Wcześniej natomiast, jak zwolniłam się ze szkoły w Mińsku Mazowieckim, odchodziłam, wiedząc, że będę pracować w Sulejówku w poradni. To był rok 1984, dyrektorem liceum był jeszcze Zygmunt Mikołajuk. Prawie wszystko było już załatwione, w Mińsku złożyłam wymówienie, po czym okazało się, że kuratorium nie dało etatu i zostałam bez pracy. W tym samym czasie dyrektorka przedszkola w Sulejówku-Miłośnie przy ul. 1-go Maja, pani Konarska, przechodziła na emeryturę. Mikołajuk zapytał mnie, czy nie zgodziłabym się poprowadzić tego przedszkola, dopóki nie pojawi się etat w poradni. Oczywiście zgodziłam się, bo co mogłam zrobić? Nie miałam przecież pracy. I zostałam tam na dwa lata. Zaangażowałam się do tego stopnia, że zrobiłam remont, doposażyłam sale i postawiłam je na nogi, za co chwalili mnie działacze partyjni. Nie o to mi jednak chodziło – starałam się, bo zależało mi, żeby było tam fajnie.
Gdy znalazł się etat w poradni, przeniosłam się do niej. Po zawieszeniu stanu wojennego zaczęto zapraszać wszystkich dyrektorów na rozmowy do wydziału oświaty. Wtedy właśnie Iwanicka i sekretarz z PZPR zaproponowali mi, że skoro tak świetnie sobie poradziłam z przedszkolem i poradnią, wpiszą mnie do kadr rezerwowych. Odmówiłam, mówiąc, że nie mam takich ambicji, nie mam czasu, bo muszę zajmować się swoimi dziećmi itd. – krótko mówiąc, wykpiłam się.
Dlaczego przed 1989 rokiem nie chciała Pani angażować się w politykę, a potem się to zmieniło?
W czasach PZPR zaangażowanie w życie społeczności oznaczało, że należy zapisać się do struktur partyjnych czy związkowych. Nie chciałam tego, co wynikało z mojego wychowania. Z drugiej strony takie podejście przekreślało możliwość dalszego rozwoju, zamykało różne furtki. Angażowałam się w działalność społeczną, jednak nie do końca – gdybym weszła w to bardziej, nie uniknęłabym propozycji zapisania się do partii czy zaproszenia do kadr rezerwowych. Myślenie typu „ważniejsze są racje polityczne, niż merytoryczne” zdecydowanie nie było moim myśleniem. Kiedy rozważano to, czy mogę zostać dyrektorem poradni, z ust sekretarza POP padły takie mniej więcej słowa: „Pani Krajewska nie tylko nie jest w partii, ale nawet w związkach zawodowych”. Odpowiedziałam na to: – Przepraszam pana, ja jestem w związkach zawodowych. – Jak to? W jakich? – Jak to: w jakich? W Solidarności! Na co on: – To jest związek zdelegalizowany! – Może dla Pana, ale nie dla mnie. Po 1989 roku okazało się, że można realnie uczestniczyć w życiu politycznym – gdyby ci, którzy wcześniej angażowali się w opozycję, nie skorzystali z tej możliwości, ich wcześniejsza walka poszłaby na marne.
Gdy przyszedł rok 1989, trzeba było stworzyć komitety obywatelskie. W Wesołej nie mieliśmy swoich struktur, więc funkcjonowaliśmy jako Praga Południe, bo tam miałam kontakty. Zebrało się nas wtedy całkiem sporo, 14 czy 15 osób, i założyliśmy klub. Przyszedł dzień wyborów, a ja zostałam przewodniczącą komisji. Te wybory były największą radością mojego życia. Do czwartej rano liczyliśmy głosy… To szczęście, które czułam, patrząc na rosnące kupki papieru, za Solidarnością, i te maleńkie za PZPR… 4 czerwca 1989 roku był dniem, w którym uwierzyłam, że zmiana jest naprawdę możliwa, że rzeczywiście można naprawdę otwarcie działać, że można wyjść do ludzi. Wiedziałam też, że jeśli tego nie zrobimy, to nic się nie zmieni. I nie jest tak, że ta początkowa radość teraz się zaciera, absolutnie nie, poza tym nadal uważam, że bardzo wiele zależy od nas samych. Proszę pamiętać, że w 1992 roku zakładałam z Aleksandrem Hallem Partię Konserwatywną. To była moja pierwsza partia polityczna. Kiedy OKP (Obywatelski Klub Parlamentarny) się rozpadł, było już jasne, że system demokratyczny nie cierpi próżni i że nie da się na społecznym komitecie obywatelskim budować kraju. Hall jest dla mnie człowiekiem renesansu, a niewielu takich zostało. Mogłam się od niego bardzo wiele nauczyć, poza tym zrozumiałam, że partia polityczna jest narzędziem do tego, żeby realizować pewne cele. Nie zostałabym radną, gdybym nie mogła działać społecznie i organizować różne rzeczy. Naprawdę udało mi się wiele rzeczy zrobić nie dlatego, że partia mnie w tym wspierała, tylko dlatego, że jestem w samorządzie i jako radna mogę różne rzeczy proponować. Partia zaś służy mi do tego, żebym mogła tą radną zostać. Nie ma innego mechanizmu, który by sprawiał, że pojedyncza osoba może mieć taki wpływ na to, co się dzieje. Proszę popatrzeć, na radnych samotnych – praktycznie nie mają szans cokolwiek przeforsować.
Pani Ligio, dlaczego, Pani zdaniem, tak mało ludzi bierze udział w wyborach? Dawniej nie mieli wpływu na to, kto nimi rządzi. Teraz go mają, ale z niego nie korzystają. Czy czują się rozczarowani? Jaka jest ich świadomość?
W 1989 roku, kiedy zaczęły się przemiany, wszyscy czekaliśmy na tę wolność. Pamiętam, jak woziłam Bugaja po Wesołej swoim maluchem, bo on z tego okręgu właśnie startował. Jeździliśmy ze spotkania na spotkanie, a jak zrobiliśmy spotkanie tutaj, w straży pożarnej, to przyszło około 1000 osób. Ludzie stali jedni na drugich, sala maksymalnie wypełniona, zainteresowanie było ogromne. Gdy powstała nowa rada, to na sesje przychodziło mnóstwo mieszkańców. Tak było przez pierwsze cztery lata. Teraz byłam na ostatniej sesji, i stwierdziłam, że w ogóle nie było na niej mieszkańców.
Myślę, że dzieje się tak dlatego, że jest normalnie. Jedni nie pamiętają tego, co było złe, niektórzy tęsknią za PRL-em, inni zaś zwyczajnie sobie żyją, mają pracę, dbają o to, żeby było im jak najlepiej, a tak naprawdę to nic ich nie obchodzi. Uważają, że nie ma sensu się angażować, że władza i tak zrobi, co zechce, a oni nie mają nic do gadania. Ludzie wciąż nie wierzą w głos, który oddają, w to, że takie głosy zebrane razem mają potężną siłę. Myślę, że w mentalności naszego społeczeństwa jest coś takiego, że jak mamy dobrze, to narzekamy, a jak mamy źle, to się jednoczymy.
Przez te 20 lat dużo się zmieniło. Jak pan popatrzy na rynek mediów, to zobaczy pan, że często to one kreują pewną rzeczywistość. Dobro nie jest „w cenie”, bo jest powszechne. Zło natomiast, wyrządzane w małych ilościach, dobrze się sprzedaje. Widać to świetnie w tabloidach, które w gruncie rzeczy są pismem obrazkowym i działają głównie na emocje. A emocje, o czym media dobrze wiedzą, stanowią o tym, czy coś się sprzeda, czy nie.
Dobrze jest spojrzeć na kampanie brytyjskie. W latach 90. przechodziłam szkolenia robione przez Anglików, przez partię konserwatywną. W Anglii zwyczaj chodzenia do ludzi, angażowania całej społeczności, wynika z tradycji demokracji. Świadomość wyborów samorządowych, lokalnych, jest o wiele większa niż wyborów centralnych, bo ludzie doskonale wiedzą, że to, jak wybiorą, przekłada się na to, jak będzie się im żyło, jaką będą mieli edukację, infrastrukturę itd. U nas ludzie na ogół o tym nie myślą, nie wszyscy jednak. Pewne małżeństwo, które miało zamiar przeprowadzić się do Wesołej, objeżdżało okoliczne szkoły i przyszło do mnie na rozmowę. Mówili, że szukają domu, ale w takim miejscu, gdzie będą mieli zapewnioną dobrą ofertę edukacyjną dla swoich dzieci i dlatego zastanawiają się, czy kupić ziemię albo mieszkanie tu, czy gdzie indziej, patrzą, jak lokalna społeczność jest zorganizowana.
My też powinniśmy patrzeć na sprawę pod tym kątem. Niesie to za sobą, co prawda, pewne niebezpieczeństwo, że im jest dzielnica lepiej wyposażona w infrastrukturę, im lepiej zorganizowana społecznie, im bardziej zamożna, tym droższe jest życie w niej.
Na czym, według Pani, powinna polegać samorządność?
Przed wszystkim na samorządzeniu się, jak sama nazwa mówi. Demokracja polega na tym, że jeden wygrywa, drugi przegrywa. Nie znaczy to, że ten, który wygra, ma nie reprezentować tych, którzy przegrali, reprezentować interes przegranej mniejszości. Demokracja to również respektowanie praw mniejszości. Ci, którzy nie idą na wybory, często narzekają, jak jest źle – a mogą mieć pretensje wyłącznie do siebie. Mogli przecież zagłosować na takich, co do których mają pewność, albo stanąć samemu do wyborów i powiedzieć: mam na to pomysł! To wymaga jednak pewnej odwagi, i specyficznego spojrzenia: czy rzeczywiście jest tak, że jeśli nie pójdę głosować, to coś to zmieni, czy może jak zagłosuję, to będzie lepiej. Mnie się w głowie nie mieści, że można nie iść: w PRL-u na wybory się nie chodziło, ale teraz? W ludziach siedzi takie przekonanie, że władza, czyli ci, którzy będą wybrani, jest kompletnie od nas oderwana. A to nieprawda, nie jest oderwana.
Myślę, że słabą stroną polskiej demokracji nie jest to, że mieszkańcy nie chodzą na wybory. Tą słabą stroną jest kwestia organizowania się w różne organizacje pozarządowe, środowiska, grupy parafialne – nieważne jak się nazywają, ważne, że jest ich za mało. Gdybyśmy mieli silne społeczeństwo obywatelskie, w którym działałyby organizacje, fundacje, stowarzyszenia – np. ruch małych szkół wiejskich, gdzie ludzie potrafią się zebrać, założyć stowarzyszenie i przejąć małą szkołę, do której chodzi 30-40 dzieci – byłoby inaczej. Ci ludzie potrafili założyć stowarzyszenie, prowadzą tę szkołę, robią mnóstwo ciekawych rzeczy, to i startują w wyborach, bo aktywność społeczna w różnych dziedzinach, niekoniecznie zawodowa, powoduje, że człowiek jest gotowy coś robić.
Ja zaczynałam nie po to, żeby startować w wyborach. Zaczynałam od utworzenia szkoły. Przyszło 150 osób i uznaliśmy, że założymy stowarzyszenie albo fundację. Ważne, żeby była jakaś osoba która będzie motorem napędowym – w każdym środowisku taka jest. Ja wcześniej pracowałam w szkole, miałam dzieci w szkole, znałam wszystkie szkoły w okolicy, znałam wszystkie dobre i złe strony tych szkół, wiedziałam, czego należy od szkoły oczekiwać. Chciałam, żeby to była taka placówka, przez którą wszystkie dzieci przejdą w miarę dobrze. Wcale nie zamierzałam być jej dyrektorem. Nie tworzyłam jej dla siebie, bo już miałam pracę (pracowałam w poradni) – ja ją zakładałam, miałam koncepcję, znalazłam ludzi, potem zaś się okazało, że osoba, która została dyrektorką, wygrała konkurs i poszła do dużej szkoły w Sulejówku. A my zostaliśmy z tą 35 dzieci, z nauczycielami, u księdza, i bez dyrektora szkoły. Coś trzeba było robić. Nauczycielkami były młode osoby, dziewczyny świeżo po studiach, które nie wiedziały, jak to wszystko organizować, postanowiłam więc – dopóki nie znajdziemy kogoś nowego – wziąć dyrektorskie obowiązki na siebie. I zrób tu coś – w listopadzie, bez telefonu, bez sprzątaczki… Robiliśmy wszystko sami, szkoła zaczęła się rozkręcać, więc fundacja doszła do wniosku: „po co szukać kogoś nowego, kiedy tobie tak dobrze idzie?”. Potem rozpoczęłam budowę budynku szkoły. Na miejscu obecnego budynku była wówczas działka, na niej wylane piwnice pod pawilon z knajpą. Na przełomie roku 1989 i 1990 przejęły ją samorządy. Ogłoszono dwa przetargi, na które nikt się nie zgłosił, fundacja przejęła więc działkę w wieczyste użytkowanie. Powstał projekt; mieliśmy trzy lata na wybudowanie, ale nie mieliśmy pieniędzy. Jednak – co świadczy o tym, że aktywność ludzka rodzi się często w wyniku konieczności zaspokojenia podstawowych potrzeb danej społeczności, danej grupy – kiedy ludzie czują, że coś jest robione dla ich dobra, że będzie fajne, to się organizują i mobilizują. Każdy może…
Jeśli chodzi o Warszawę, to uważam, że w tej kadencji Rady priorytetem powinno być oddanie jak największej ilości zadań i zwiększenie udziału organizacji pozarządowych w zadaniach, które ma samorząd. To, że samorząd ma coś realizować, nie znaczy, że musi to robić sam – może zlecić pracę różnym organizacjom. Na przykład domy opieki prowadzone przez parafie są w części dofinansowane przez miasto. Podobnie realizowane przez stowarzyszenia projekty związane z polityką społeczną, kulturą, projekty edukacyjne, wychowawcze, zdrowotne, sportowe. Ważne, by zostały złożone dużo wcześniej. Pewne projekty są dłuższe, więc by mogły stabilnie funkcjonować (jak np. Uniwersytet Trzeciego Wieku, który cieszy się dużym zainteresowaniem), muszą mieć zapewnione środki na 3 lata do przodu. Chcę, by takie organizacje nadal powstawały, by mogły działać na rzecz lokalnej społeczności, i wiem, że procedury, przez które muszą przejść, nie są wcale takie trudne.
Czy warto, Pani zdaniem zacierać różnice między dzielnicami i osiedlami Warszawy?
Są pewne rzeczy, które dzielnice dziedziczą z pokolenia na pokolenie – na przykład Praga dziedziczy pewną niemoc. Wynika to z charakteru i struktury społecznej mieszkańców, natomiast podejmuje się rozmaite działania, żeby ten stan rzeczy zmienić. Na Pradze Północ zatrudniliśmy licznych street workerów, by pracowali z dziećmi. Powstały boiska, podjęto mnóstwo działań wspierających, otwarto świetlice. Funkcjonują też różne organizacje pozarządowe finansowane z pieniędzy miasta. Uważam, że w takich trudnych miejscach trzeba wspierać szkoły, dawać szansę wszelkim środowiskom, dzieciom dawać możliwość poznania innego świata, innego sposobu patrzenia, możliwość rozwoju. Renomowane szkoły zawsze będą miały wysoki poziom, dobre wyniki, będą nadal opisywane w gazetach, natomiast widziałam też wiele środowisk i szkół, w których nauczyciele robią wspaniale rzeczy, które się „nie sprzedają”, bo nie odnoszą sukcesów edukacyjnych. Mają za to ogromne zasługi w rozwijaniu talentu dzieci, czy fantastyczne programy, które potrafią dzieci mocno wciągnąć i zachęcić do osiągania pewnych celów. W zeszłym roku pewna szkoła wyszła z projektem programu Wars i Sawa „Szkoła z pomysłem” . Program polega na tym, że każda szkoła, która się do niego zgłosi, pokazuje, co zrobiła, w jakiej dziedzinie jest aktywna, jakie ma pomysły na zagospodarowanie czasu wolnego itp. Szkoły, które wzięły w tym udział, znalazły się w tym roku w gazetach – w życiu by nie zaistniały, gdyby tego projektu nie było. Dzięki niemu zaś mogły wyjść i pokazać: robimy fajne rzeczy! Dla tego środowiska i dla tych dzieciaków jest to znaczna nobilitacja. Wiedzą, że nigdy nie będą miały takich wyników, jak dzieciaki w Batorym, ale za to mogą osiągnąć sukces w czymś innym i też o nich napiszą. Na tym polega wyrównywanie szans i wspieranie.
Stara Miłosna ma najwyższy poziom spośród osiedli Wesołej, ale umówmy się, że przekrój ludzi, którzy mieszkali na tamtym osiedlu był dwadzieścia lat temu zupełnie inny. 1200 mieszkańców, zapomniana, dramatyczna szkoła… Teraz to zupełnie co innego, bo zmieniła się cała struktura społeczna osiedla. W Zielonej dotychczasowa struktura również zaczyna się zmieniać, dochodzą nowe bloki, zamieszkują młodzi ludzie. Druga rzecz to kadra: pamiętajmy, że szkoła dyrektorem stoi. Jeśli dyrektor jest dobry, to potrafi ze średnimi uczniami zrobić fantastyczne rzeczy, bo cała filozofia to umieć zmotywować uczniów i zachęcić ich do działania. Wtedy cieszą się z tego, co mogą osiągnąć i wierzą, że mogą do czegoś dojść, Ważne, by dać dziecku możliwość rozwoju. W oświacie trzeba poszukiwać różnych mechanizmów, różnych działań, wspomagać oświatę nie tylko wynagradzaniem nauczycieli, ale też znajdować inne motywacje. Zawsze będzie podział na szkoły elitarne i te słabsze, bo tak jest w każdym społeczeństwie.
Jak odniosłaby się Pani do zarzutu Pani politycznych przeciwników, którzy twierdzą, że tuż przed wyborami błyski fleszy są skierowane na PO, które uczestniczyło w otwarciach nowych budynków użyteczności publicznej w Wesołej?
Platforma nie robiła żadnego otwarcia – jeśli się zaczyna jakąś pracę cztery lata wcześniej i jest ona zapisana w projekcie, to kiedyś się kończy i zostaje oddana do użytku. Jedne projekty kończą się po roku, inne zaś – duże inwestycje – po kilku latach, bo cykl ich realizacji jest dłuższy niż kadencja Rady. Jeśli więc halę zaczęto budować przed rozpoczęciem tamtej kadencji, to siłą rzeczy zakończenie budowy nastąpiło teraz. Oczywiście zawsze trafiają się jakieś inwestycje, które są otwierane dla błysków fleszy – to jest naturalne i każda władza to wykorzystuje, bo trzeba czasem pokazać społeczeństwu coś, co jest miłe dla oka.
Jak Pani ocenia jakość kampanii samorządowej?
Kampania jest taka, jak w ostatnich latach: ulotki, plakaty, wszystko na ostatnią chwilę, co mi się nie podoba. Proszę osoby, które się zajmują plakatowaniem: naklejajcie moje plakaty tak, żeby nie zaklejać innych, znajdujcie wolne miejsce. Teraz zaś widzę, że SLD zakleiło wszystkich po kolei. Moim zdaniem jest to nieuczciwe. Wydaje mi się, że gdyby każdy powiesił jeden plakat i zrobił to tak, jak należy, to wszyscy byliby widoczni. Plakatowa wojna nie mieści mi się w głowie – żeby jeździć i zaklejać ludzi… Ja sobie nakleję jeden, bo po co mi więcej? Ulotki rozdaję, prosiłam, by część rozesłać, informacja ukaże się też w jakiejś gazecie. Na pewno jestem rozpoznawalna bardziej niż cztery lata temu, ale jest to wynikiem pracy, którą wykonywałam przez cztery lata. Nie leniłam się.
Spotkania dają możliwość zaprezentowania się, ale tak naprawdę ludzie nie są nimi zainteresowani – proszę popatrzeć, kto na nie przychodzi i ile osób przychodzi. Owszem, jest twardy elektorat konkretnej partii, platforma natomiast nie ma takiego elektoratu – jej jest zbyt „leniwy”, zapracowany i nawet gdyby miał czas, to wolałby robić przyjemniejsze rzeczy niż iść na partyjne spotkanie. Jednak jest na tyle inteligentny, że wie, dlaczego glosuje na konkretną partię.
Może to, że jedne komitety wyborcze zaklejają plakaty innych, wynika z ograniczonej ilości miejsca przeznaczonego pod takie plakaty?
Takich miejsc faktycznie jest mało, mało słupów ogłoszeniowych. Komitety wyborcze, które wieszają plakaty w miejscach do tego nieprzeznaczonych, zostaną ukarane przez ZDM. Zanim jednak to wszystko zdejmą i zapłacą kary to… plakaty zdążą sobie powisieć.
Ponieważ media coraz bardziej nakłaniają ludzi do uczestniczenia w życiu publicznym, chcieliśmy, jako portal, dowiedzieć się czegoś więcej o dzielnicowych radnych. Rozdaliśmy im ankiety, ale odzew był znikomy – ankietę wypełniły 3 osoby spośród 15. Pozostałe tłumaczyły się, że miały ważniejsze rzeczy do zrobienia. Teraz w ulotkach roi się od ogólników, ale konkretnej wiedzy o kandydatach nadal nie mamy i nie mamy sposobu, żeby ją zdobyć. Dlaczego?
Rzeczywiście niektórzy kandydaci – zwłaszcza ci, którzy dopiero zaczynają – mało robią w tym kierunku, by wyborcy dowiedzieli się o nich czegoś więcej. Nie widzę szansy, by wynik tych wyborów mógł nas zaskoczyć – prawdopodobnie układ sił w Warszawie i poszczególnych dzielnicach pozostanie bez zmian. Prawdopodobnie na stanowiskach radnych pozostaną te same osoby, co były, natomiast konkurencja na te mandaty, które się zwolniły będzie ogromna. Poczucie tych radnych, którzy prawdopodobnie zostaną na swoich stanowiskach, że nie muszą wypełniać żadnych ankiet, wynika zapewne z ich dużej pewności siebie. Choć widzimy zainteresowanie nowymi kandydatami, to informacje o nich są szczątkowe. Profesjonaliści twierdzą, że tacy kandydaci mają w porównaniu z rozpoznawalnymi (z racji wieloletniego zaangażowania czy uprawianego zawodu) małe szanse, bo są „znikąd”.
Na listach wyborczych, poza tym głównym szkieletem, co do którego można mieć niemal pewność, że wygra, znajduje się mnóstwo osób przypadkowych – znajomych, rodziny – których nazwiska służą przede wszystkim zapełnieniu listy. Ja jestem za klarowną informacją i otwartym przekazem, kto za czym stoi – jeśli ktoś jest za określoną partią, to niech startuje z jej listy. W przypadku stowarzyszeń startujących w wyborach, zwykle tak naprawdę nie wiemy, kto jest kim i jakie ma poglądy – stowarzyszenia startują w wyborach często po to, by później tworzyć w radzie dzielnicy koalicje i rządzącą większość.
Wracając do ankiet dla radnych: gdybym ja dostała taką ankietę, uważałabym jej wypełnienie za swój obowiązek.
Ile razy Hanna Gronkiewicz-Waltz była w Wesołej?
Co najmniej dwa.
Jak można w skrócie ująć kwestię ustroju Warszawy? Czy faktycznie, jak czasami mówią niektórzy, prezydent stolicy nie do końca jest realny?
Ustrój Warszawy jest inny niż pozostałych miast – ustawa warszawska różni się od ustawy o samorządzie terytorialnym, co wynika ze specyfiki Warszawy, z jej dzielnicowości. W innych miastach, takich jak Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, są rady osiedlowe – to mniej więcej to samo. Tamte rady osiedlowe mają swoje małe budżety, a radni nie maja diet – ich działalność jest działalnością społeczną. Liczba radnych w dzielnicach Warszawy zależy od liczby mieszkańców danej dzielnicy. Dzielnice mają więc od 15 do 28 radnych (Ursynów, Mokotów). Mają oni tylko i wyłącznie rolę opiniującą i wnioskującą.
Większość ludzi uważa, ze władza jest w dzielnicy, a nie w Warszawie, prezydent miasta zaś jest traktowany przez wyborców jak prezydent kraju. Prezydent działa centralnie, w interesie całego miasta. Większy wpływ na podejmowanie decyzji ma burmistrz niż rada dzielnicy. Burmistrz jest wybierany przez radę, w związku z czym to, kto będzie burmistrzem, zależy od większości w radzie. Jeśli głosujemy na danego kandydata, to możemy mieć pewność, że będzie realizował program partii, z której się wywodzi. Jeśli zostanie burmistrzem, to też ten program będzie realizował. Zarówno statut Warszawy, jak i ustawa kompetencyjna, wyraźnie mówią, że prezydent i rada miasta podejmują wszystkie decyzje. Prezydent ma władzę wykonawczą. Przekazuje kompetencje dzielnicom, upoważnia burmistrzów i zarządy dzielnic do podpisywania i wykonywania pewnych czynności w imieniu prezydenta. Należy do nich prowadzenie szkół, opieki społecznej, działania związane z infrastrukturą drogową, sprzedaż nieruchomości na terenie dzielnicy. Burmistrzowie są organem wykonawczym realizującym uchwałę kompetencyjną. To na nich przede wszystkim, ale również na radzie, spoczywa odpowiedzialność za realizację podejmowanych działań. Zanim jakikolwiek projekt zostanie oddany do realizacji, Rada Dzielnicy opiniuje go i podejmuje w jego sprawie uchwałę, po czym odsyła do Rady Miasta. Ta z kolei może ale nie musi jej przyjąć, aczkolwiek opinia dzielnicy – z racji tego, że uznajemy podmiotowość dzielnic – jest bardzo istotna.
Samorządność dzielnicy polega na tym, że każda z dzielnic przygotowuje swój plan budżetowy, inwestycyjny itd.
Czy pojedynczy radni, jeśli są w mniejszości, mają szanse zadbać o interes swoich wyborców w poszczególnych osiedlach?
Mają szanse, jeśli są w grupie, która ma większość, i potrafią przekonać innych do czegoś, co jest ważne. Żeby być skutecznym radnym, trzeba mieć argumenty, umieć rozmawiać z ludźmi, przekonać ich, pokazać, co dane rozwiązanie wszystkim przyniesie. Kampania wyborcza zaczyna się tak naprawdę dzień po skończonych wyborach – to nie jest tak, że jak dzisiaj wygrywam wybory, to już jutro siadam i przez cztery lata nic nie robię, natomiast w ostatnim miesiącu albo roku coś się nagle zadzieję. Stale miałam świadomość, że od pierwszego dnia wyborów pracuję na późniejszy czas, żeby móc się rozliczyć przed wyborcami.
Jakie jest znaczenie lokalnej polityki w stosunku do tej dużej na poziomie krajowym?
Nie ma ona większego znaczenia. Dla dużej partii liczy się to, ilu ma swoich burmistrzów i radnych; przelicza to potem na statystyki.
Co zyskaliśmy przez przyłączenie się do stolicy?
Nie jest tajemnicą, że byłam przeciwna wejściu Wesołej do Warszawy. Uważałam, że Warszawa jest zbyt mocno zcentralizowana – było to w czasie, gdy prezydentem miasta był Lech Kaczyński. Byłam w grupie, która przegrała referendum.
Obawiałam się, że Wesoła, jako najmniejsza i najmłodsza dzielnica, będzie pozbawiona wszelkich środków, że będziemy wegetować. Szczęśliwie jednak, dzięki ówczesnemu burmistrzowi Wesołej Jackowi Wojciechowiczowi, wiele projektów inwestycyjnych, które były przygotowane na etapie planów, ale nie było na nie środków, zostało zrealizowanych, bo inne dzielnice, które miały takie środki przyznane, nie wyrobiły się w wyznaczonym czasie z ich wykorzystaniem.
Dzięki przyłączeniu się do Warszawy zdecydowanie poprawiła się komunikacja (SKM, wspólny bilet, dodatkowe linie autobusowe, choć oczywiście przydałoby się ich więcej), wzrosło wynagrodzenie nauczycieli – w ramach uśrednienia płac nauczycieli stolicy dostali wyrównanie. Zwiększyły się inwestycje w oświatę, poprawiły drogi. W osobistym życiu mieszkańców myślę, że nie zmieniło się nic oprócz wpisu w dowodzie, co akurat dla mnie nie ma znaczenia, bo ja się czuję lokalną patriotką.
Wesoła ma specyficzne położenie, z którego wynika że mamy szczególne poczucie tożsamości – choć minęło już kilka lat, odkąd staliśmy się dzielnicą miasta, to mieszkańcy są bardziej przywiązani do swoich osiedli niż do dzielnicy.
Mieszkańcy utożsamiają się z osiedlami, nie z dzielnicą. Gdy wyjeżdżam z PKiN, gdzie pracuję, to pytana, dokąd jadę, odpowiadam: do Woli Grzybowskiej. Jak jadę w drugą stronę, czyli de facto do centrum, to mówię, że jadę do miasta. Uważam, że starzy mieszkańcy Wesołej nie są w stanie wykorzenić takiego myślenia. Człowiek powinien utożsamiać się ze swoją małą ojczyzną. Warszawa jest dużą wymieszaną aglomeracją. Dla mnie najważniejsze i najpiękniejsze w całej Wesołej jest moje osiedle Wola – to, w którym mieszkam.
Czy powinno się dążyć do zmiany tego nastawienia?
To nie przejdzie w Wesołej, tutaj jest takie rozdrobnienie jak u Łokietka
Jak Pani ocenia działania na rzecz lokalnego biznesu w Wesołej?
Robi się dla niego trochę za mało.
Co Pani sądzi o podobieństwach programowych pomiędzy PiS a PO?
Wynikają one z tego, że w Wesołej nie da się w zasadzie wymyślić nic nowego, nie zbudujemy tu przecież nowego PKiN . Możemy tylko mówić o konkretach – ta dzielnica powinna być dzielnicą rekreacyjną, ciekawą i atrakcyjną dla tych którzy mieszkają w innych, mniej ciekawych częściach Warszawy. Dlatego wszyscy, i Platforma, i PiS, i wszystkie stowarzyszenia, uważamy, że w Wesołej konieczne są ścieżki leśne, ścieżki edukacyjne itd. – kiedyś były, ale gdzieś zniknęły. Moglibyśmy robić biegi przełajowe, wędrować po naszych fantastycznych wydmach, a biologii uczyć się na Bagnie Jacka. Każdy może obiecywać różne rzeczy, ale to od całej rady, od jej umiejętności współpracy, zależy to, jakie środki i w jakiej kolejności będą przeznaczane na realizację inwestycji koniecznych w naszej dzielnicy.
Czy promowanie dzielnicy ma sens? Jakie mogą być tego korzyści?
Oczywiście, że ma sens, natomiast w Wesołej tej promocji jest trochę za mało, a przecież mamy czym się chwalić. W niektórych dzielnicach wygląda to lepiej. Promocja jest bardzo ważna. Kiedy ktoś szuka działki, bo chce się wyprowadzić z centrum Warszawy, to szuka miejsca, które jest atrakcyjne. Jeśli dane miejsce jest dobrze wypromowane, bezpieczne, ciekawe, interesująco położone, ma dobrą infrastrukturę, fajne szkoły, dobrą opiekę zdrowotną itd., to właśnie je ludzie wybiorą. W Wesołej brakuje ścieżek rowerowych, żłobka, przedszkoli, ścieżek spacerowych, Las jest kompletnie niewykorzystany. Może uda mi się namówić szkoły, by wystąpiły do miasta z projektem edukacyjnym ochrony środowiska, zorganizowania ścieżki przyrodniczej i ekologicznej. Poza tym w Wesołej mieszka dużo ciekawych ludzi, takich, którzy osiągnęli sukces i którzy mogliby być wizytówką dzielnicy – można byłoby ich zorganizować i wykorzystać ich potencjał. Możliwe, że lepsza promocja sprawiłaby, że w Wesołej zaczęliby się osiedlać np. ludzie kultury, którzy wzbogacaliby ją swoją osobowością. W następnej kadencji to będzie możliwe , teraz dzielnica skupiała się na inwestycjach infrastrukturalnych które rzeczywiście są widoczne i służą mieszkańcom.
Czy Mazowiecki Park Krajobrazowy stanowi problem dla rozwoju Wesołej?
Tak, w tym sensie, że stanowi pewne ograniczenie – w parku nie można nic budować, więc Wesoła nie ma szansy się rozrosnąć. Wykorzystawszy dostępne jeszcze tereny, możemy mieć najwyżej 25-30 tysięcy mieszkańców, więcej nie da rady. Jest to też walor mieszkamy w otoczeniu lasu.
Dziękuję za rozmowę.
(Zdjęcia: Marcin Kluczek, WarszawaWesola.pl)












